RSS
sobota, 28 września 2013

Na liście nowych umiejętności prawie jedenastomiesięcznego Boba znaleźć można między innymi:

- wrzucanie (niektórych) klocków o różnych kształtach do odpowiednich otworów

- oblizywanie palców (świadomie i z wyraźną przyjemnością)

- stanie bez trzymanki przez kilka(naście) sekund (połączenie niedowierzania i zachwytu nad samym sobą malujące się wtedy na jego twarzy – bezcenne)

- chodzenia przy ścianie

- ściąganie ze stolika na podłogę portfela ojca, wyciąganie z niego karty kredytowej, odchodzenie z kartą w siną dal

Da sobie chłopak radę w życiu ;)

 

12:43, its_me_joely
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 września 2013

nie, to nie infantylny sposób zakomunikowania, że moje dzieciątko jest chorusie. chorujeMY, wszyscy troje. ja póki co mam się najlepiej (rozłoży mnie na łopatki jak dziecko będzie już zdrowe i pełne energii, wiem).

niektórzy z nas chorują po raz pierwszy w swoim dziesięciomiesięcznym życiu, w związku z tym nie za bardzo wiedzą, jak się zachować. "no bo dlaczego coś mi tu zwisa z nosa? dlaczego moja matka już mnie nie kocha i kilka razy dziennie atakuje mnie tym potwornym urządzeniem z rurką? dlaczego moje niedobre gardło mnie drapie i budzę się, mimo że jestem potwornie zmęczony? CZY TO JUŻ BĘDZIE TAK NA ZAWSZE, NIEEE, MAMO, POWIEDZ, ŻE TO NIEPRAWDA, PRZYTUL MNIE, NOŚ MNIE, NIE ZOSTAWIAJ MNIE!"

ci, którzy wiedzą, jak się zachować w przypadku choroby (herbata z sokiem malinowym, koc, książka, dużo snu) jakby nie za bardzo mają możliwość wykorzystania tej wiedzy. za to są CALUTCY W GLUTACH. ja wiem, że dla rodzica małego dziecka nie powinno być to niczym zaskakującym, jednak jak już wspominałam, jest to Bobikowy debiut w zakresie infekcji, więc trochę jednak to wszystko przeżywam.

a to dopiero drugi dzień (a jak powszechnie wiadomo KATAR LECZONY TRWA TYDZIEŃ, NIE LECZONY SIEDEM DNI). prawdziwa jazda zacznie się zapewne, jak chłopina pójdzie do żłobka w listopadzie. tak, posyłam roczne dziecko do żłobka. będzie o tym oddzielna notka.

10:17, its_me_joely
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 września 2013

Poziom zero jest passe. Same nudy na tej podłodze, wszystko co było do otworzenia zostało otwarte, wyciągnięte, przewrócone, kontakty wymacane (przy akompaniamencie "nie wolno, Bob, nie wolno!", ale kto by się tam przejmował drobiazgami), gazety ze stolików pościągane, piloty obślinione.

A zatem: NA RĄCZKI. Mało jestem odporna na błagalnie wyciągnięte w moim kierunku dziecięce ramionka (na szczęście mój kręgosłup odporny jest jeszcze mniej, co skutecznie powstrzymuje mnie przed nieustannym noszeniem Bobiszcza na biodrze), spragnione poziomu jeden. Bo poziom jeden to włączniki światła, żaluzje okienne, drzwiczki mikrofalówki, zdjęcia na ścianach, o rany, O RANY, mama, ile tu jest fantastycznych rzeczy!

Noszę więc wielkodusznie, niech dzieciak ma trochę radości od czasu do czasu - gdyby mi kolejny tydzień wyrzynały się czwórki, też potrzebowałabym pewnie jakichś dystraktorów, żeby nie oszaleć. Nie jest to jednak działalność stricte charytatywna. W przypadku braku dystraktorów następuje bowiem seans jojczenia (buczenia, kwękania, zawodzenia, jak zwał tak zwał). O ile w przypadku dziecięcego płaczu współczucie przychodzi mi zazwyczaj dość łatwo, o tyle w przypadku jojczenia moje pokłady cierpliwości są mocno okrojone. Tak do rozmiarów pudełka zapałek. Którymi mam ochotę się podpalić. Więc ten. Lepiej jednak nosić.

22:44, its_me_joely
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013

Miłość naszego syna do naszego kota jest równie silna, co nieodwzajemniona.

Ach, jak on by strasznie chciał się pobawić! Capnąć za ogon! Położyć rączkę na głowie! Wyrwać troszkę sierści!

Kiedy od czasu do czasu uda mu się przydybać koteczka na kanapie albo na podłodze (potwornie leniwa jest to bestia i mało spostrzegawcza), aż mu się oczy błyszczą z radości i ekscytacji. Tym trudniej jest mi patrzeć, jak już po chwili ustępują miejsca rozczarowaniu i niepokojowi: „ale dlaczego kotek ucieka? Czy zrobiłem coś złego?”

Kot z kolei, poza niechęcią, odczuwa do Bobisława coś na kształt respektu. O ile zarówno mnie, jak i Hrabiego, gryzie i drapie bez większych skrupułów (kiedy coś mu nie podpasuje, albo kiedy po prostu ma ochotę się podroczyć), o tyle Boba nie rusza nigdy. Patrzy tylko w moją stronę błagalnym wzrokiem, kiedy małe paluszki zaciskają się na jego grzbiecie i wykorzystuje pierwszą chwilę nieuwagi mojego dziecka, żeby zwiać na drugi koniec domu, pod łóżko.

I tak się bujają i docierają chłopaki.

PS: Żadne zwierzę nie ucierpiało zbyt poważnie podczas pisania tej notki. Generalnie uczę Bobika, że z kotkiem trzeba delikatnie i mam wrażenie, że coraz lepiej to kuma. Więc może się jeszcze kiedyś zaprzyjaźnią?

23:02, its_me_joely
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 września 2013

słuchajcie, nie będę Was oszukiwać, SYSTEMATYCZNOŚĆ NIGDY NIE BYŁA MOJĄ MOCNĄ STRONĄ. niemniej po raz kolejny powracam, powstaję niczem feniks z popiołów. ma to poniekąd związek z zakrojonymi na szeroką skalę pracami NAD WŁASNĄ OSOBĄ. jeden z podpunktów rozpisanego kolorowymi flamastrami planu działań odnosi się do mojego perfekcjonizmu, a raczej prób jego ograniczenia - również w takich aspektach, jak pisanie notek na bloga ("twoja notka wydaje ci się niedopracowana? za krótka? WHO CARES, KLIKAJ "OPUBLIKUJ" I NIE MARUDŹ!".

I chociaż z pracą nad sobą również miewam spore problemy, po raz kolejny, jak zawsze, wierzę, że tym razem będzie inaczej.

Chciałam z tego miejsca pozdrowić moją najwierniejszą fankę (pozdrawiam U. :*), oraz moją nową, ujawnioną fankę (loa, pozdrawiam Cię również), dzięki którym się zmobilizowałam. Jeszcze Wam pokażę, o!

19:05, its_me_joely
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 29 lipca 2013

Z okazji narodzin Bobika dostałam w prezencie uroczy, ślicznie wydany album „Pierwsze trzy lata dziecka”. Pierwszy ząbek, pierwszy spacer, pierwsze zdjęcie z rodzicami, pierwsze słowo. Staram się wypełniać dość skrupulatnie – bo lubię, bo chcę mieć pamiątkę, bo widzę, jak cholernie dużo już pozapominałam.

Tylko ja się pytam, dlaczego nie ma w tym ślicznym albumie takich haseł jak: pierwszy guz, pierwszy upadek, pierwsza szrama, pierwsza krew, pierwszy przytrzaśnięty palec, pierwsze zadławienie, pierwsza samodzielnie otwarta szuflada w kuchni, jednym słowem DLACZEGO NIKT MNIE NIE UPRZEDZIŁ?! Że to tak szybko i że wszystko na raz, słowo daję, jednego dnia klęka trzymając się szczebelków łóżeczka, a następnego dnia już przy nich STOI. Każde nowe osiągnięcie wzbudza jednocześnie zachwyt i grozę: „Kurczę, jaki bystrzacha, w trymiga nauczył się otwierać szufladę… zaraz zaraz, nauczył się otwierać szufladę Z LEKAMI! O cholera jasna!…”

Czy mogę zgłosić nieprzygotowanie z obsługi dziewięciomiesięcznego dziecka?

22:17, its_me_joely
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 lipca 2013

Cóż to miał być za przyjemny dzień.

Ciepły, ale nie upalny. Spędzony na kocyku w towarzystwie dawno nie widzianej koleżanki. Tacy byliśmy z Bobikiem śliczni, nawet kolorystycznie dopasowani do siebie nawzajem i do kocyka (zupełnie przypadkowo na dodatek!). W koszyku pod wózkiem spoczywało pudełko z pyszną sałatką z bobu i kuskusa oraz dwa widelce, plus dodatkowo banan dla młodzieży, żeby nie zazdrościła starszym. Oczyma duszy widziałam naszą trójkę – rozanielone opowiadamy sobie o wszystkim, co się u nas wydarzyło w przeciągu ostatnich miesięcy, a mój rozkoszny syneczek baraszkuje między nami, śląc uśmiechy na lewo i prawo.

Tymczasem Bobisław postanowił ominąć swoją poranną drzemkę z sobie tylko wiadomych powodów. Już to obudziło nieco mą czujność, ale pomyślałam sobie: „Nic to, pojawimy się w parku wcześniej, uśpię go, to się chłopak zregeneruje”. Chłopak nie zasnął. Nie zregenerował się.

Chłopak wył jakąś godzinę. Absolutnie nic go nie uspokajało. Jazgot niósł się przez cały park. Chmary wystraszonych ptaków podrywały się do lotu, ludzie przystawali, żeby zobaczyć, kogo obdzierają ze skóry i za co, a matka klęła się w duchu za krótką pamięć, przez którą nie miała planu awaryjnego w postaci nosidła, zachodziła w głowę, czy to aby na pewno tylko koszmarne zmęczenie, czy może coś jeszcze, pluła sobie w brodę, że nie wzięła Espumisanu (a nuż by małemu pomógł?), przysięgała sobie uroczyście, że już nigdy więcej nie wyjedzie z dzieckiem poza obręb Ursynowa, na gwałt przypominała sobie notki ze swoich ulubionych blogów, bo "pamiętaj, inne laski też miewają przegwizdane", starała się nie patrzeć wokół i koncentrować tylko na dziecku, które płakało, płakało, płakało...

Koleżanka w milczeniu przyglądała się dantejskim scenom. Przerażone - jak mniemam - spojrzenie schowała za kolorowymi okularami.

Wycie ustało równie nagle, jak się zaczęło - po trzeciej próbie przystawienia do cycka skonany chłopina podziamgał chwilę i wreszcie usnął. Obudził się po kwadransie, wciąż markotny, ale nieco bardziej ogarnięty i zajął się żuciem paczki chusteczek.

Przez całą drogę do metra nie mówiłyśmy zbyt wiele. Bobik ciekawie oglądał się za samochodami. Nawet nie wspomniałam koleżance o sałatce. Na odchodnym spytała mnie nieco bojaźliwie: „A ty… planujesz więcej dzieci?”

Na co oczywiście bez wahania odpowiedziałam, że tak. Po absolutnie najgorszym dniu, jaki dane mi było przeżyć z moim synem, nadal marzę o siostrzyczce dla niego. Matka Natura to straszna sucz.

PS: A ja bojaźliwie pytam, czy jeśli obiecam, że z całych sił będę się starała pisać regularniej, to ktoś to będzie czytał?

23:49, its_me_joely
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 maja 2013

Kilka dni temu miał miejsce chrzest bojowy – zostawiłam Bobisława pod opieką Babć na całe dziesięć godzin! W sprawach poniekąd zawodowych. Wszystko przygotowałam, opisałam, wyparzyłam, przelałam, poukładałam. Paznokcie obgryzałam.

Syn z właściwym sobie wdziękiem ostatecznie potwierdził status Najzajebistszego Dziecka Ever i owinął sobie Babcie wokół najmniejszego paluszka u stopy. Co i rusz odbierałam tylko pełne zachwytu smsy.

Zachwyt ten bladł jednak w obliczu euforii i rozbuchanej energii, które wypełniły mnie w trakcie tego dnia. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo był mi on potrzebny. I czułam się trochę tak, jakbym przeniosła się w czasie, z zaskoczeniem przypominając sobie sporadycznie, że przecież w domu czeka na mnie mój własny syn.

Wróciłam z głową pełną pomysłów i inspiracji, z naładowanymi bateriami, z nowym pakietem cierpliwości dla Boba. Fakt, że jakimś cudem (hehe) dał sobie chłopak beze mnie radę, przyniósł niesamowitą ulgę (Następuje zwolnienie blokady…). Moja wewnętrzna kwoka udała się na urlop. Pije driny pod palmami na jakiejś pięknej plaży. Bez dziecka!

22:57, its_me_joely
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 kwietnia 2013

Będąc jeszcze w ciąży, ba, nawet wcześniej, jak zapewne większość kobiet, które biorą pod uwagę posiadanie dzieci, miałam wyrobioną opinię na mnóstwo okołomacierzyńskich tematów. Taaaka byłam mądra.

Zarzekałam się na przykład, że nie będę brała dziecka do naszego łóżka. Że to skrajna nieodpowiedzialność, że kupię sobie do sypialni fotel, w którym będzie siadała i karmiła w środku nocy, a nie narażała moje dziecko na uduszenie. Wymiękłam po kilku pierwszych nocach. Syn okazał się potwornym żarłokiem i gdybym rzeczywiście trzymała się swoich postanowień, szybko bym oszalała. Wspólne spanie (tzn. „ja śpię, ty masz cycka, jedz, a potem śpij”) pozwalało mi na całkiem niezłe wysypianie się. Nie ma mowy o żadnych zgubnych nawykach – po przeprowadzce do nowego mieszkania bezproblemowo przestawił się na spanie w swoim łóżeczku, ba, swoim pokoju! A ja, szczerze mówiąc, za nic nie oddałabym tych kilku miesięcy, przez które budziłam się koło ciepłej, sapiącej kuleczki, umoszczonej między rodzicami.

Chętnie rozpowiadałam również wokoło, że jak najszybciej nauczę moje dziecko pić z butelki, żeby Hrabia też wstawał w nocy. Sprawiedliwość! Partnerstwo! Doprawdy, paradne. Rzeczywistość wygląda tak, że Bobik dopiero od kilku dni coraz sprawniej ciągnie z butli, a to też właściwie tylko dlatego, że wprowadzam powoli ten cholerny gluten. A Hrabia sen ma tak mocny, że nawet, gdyby jakimś cudem udało mi się go dobudzić, bałabym się, że zaśnie z dzieckiem na rękach.

Upierałam się też, że będę karmić piersią najwyżej do szóstego miesiąca życia, a potem koniec. Żegnaj, niedolo! Witaj wódko, witaj piwko, moi dawno nie widziani przyjaciele! Nie przypuszczałam wtedy, że karmienie będzie mi sprawiać tak ogromną frajdę (nic nie poradzę, że durnie to brzmi, ale tak właśnie jest ;)), a i od alkoholu odzwyczaję się całkiem bezboleśnie. Owszem, tęsknię czasem za tym przyjemnym rauszem, jaki dają dwa zimne piwa, ale, po pierwsze, myślę, że te kilkanaście miesięcy abstynencji przełoży się na wydłużenie mego żywota o ładnych parę lat (biorąc pod uwagę ilości wypijane przed ciążą), a po drugie, obawiam się, że nie byłabym w stanie cieszyć się w pełni z drineczka na balkonie mając świadomość, że za ścianą śpi moje dziecko (a jeśli obudzi się z płaczem i będzie w stanie uspokoić się tylko przy cycku? A jeśli nagle trzeba będzie pojechać do szpitala? Wiecie, jestem bardzo, bardzo dobra w rysowaniu sobie takich scenariuszy).

Powtarzaliśmy sobie też z Hrabią, że w pierwszym roku życia Bobika zostawimy go babci i pojedziemy sami na wakacje. Cóż, ta babcia, na której życzliwość liczyliśmy, oznajmiła, że bynajmniej nie czuje się jeszcze na siłach zostawać z Bobem na dłużej. A i my jakoś szybko przestawiliśmy się z planowania tegorocznych wakacji we dwójkę na poszukiwania przyjemnych gospodarstw agroturystycznych dla całej trójki.

Cóż, problem polega na tym, że mamy kapitalne dziecko. I że perspektywa pokazywania mu świata jest cholernie ekscytująca. Call me budyń.

22:20, its_me_joely
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 kwietnia 2013

Jestem życiową szczęściarą, nie bójmy się powiedzieć tego otwarcie. Mam fajne życie. Na jego fajność składa się między innymi stabilna sytuacja finansowa i zawodowa.

A mimo to co i rusz słyszę propozycje i sugestie dotyczące tego, jakby tu orżnąć państwo i współobywateli z racji swojego macierzyństwa oraz niezalegalizowanego związku.

„Jesteś w trzecim miesiącu ciąży? Idź do lekarza po zwolnienie, odpocznij trochę przez te pół roku!”

„Moja koleżanka może załatwić ci zwolnienie lekarskie po macierzyńskim, w ten sposób będziesz ciągle dostawać pieniądze z ZUS-u!”

„Nie macie ślubu? Super! Będziesz mogła zgłosić się do przedszkola jako samotna matka, będziesz miała pierwszeństwo przy zapisach!”

Nie cierpię tego.

Nie pójdę zdrowa na zwolnienie, bo takie zachowanie utrudni potem życie przede wszystkim kobietom, które naprawdę go potrzebują, ale także mojemu pracodawcy, który zawsze był wobec mnie w porządku. Nie będę ściemniać, że jestem samotną matką, bo w ten sposób pozbawię miejsca w przedszkolu kobiety, która naprawdę ma problem z łączeniem pracy i macierzyństwa.

It’s that simple.

Tak, wiem, ZUS nas robi w chuja, państwo nas robi w chuja, wszyscy nas robią w chuja. Tylko nie wiem, dlaczego w związku z tym ja mam robić w chuja wszystkich wokoło. Dla zasady?

20:30, its_me_joely
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2